RSS
piątek, 19 grudnia 2008

Serdecznie dziękuję wszystkim, którzy zechcieli poświęcać swój cenny, przedświąteczny czas na spotkania w sieci:) Cieszę się, że Was poznałam (choć tylko wirtualnie...).

Choć ten blog dobiegł końca, mam nadzieję, że czasem wpadniecie na moją stronę http://www.monikaluft.pl/ . A tych, którzy zechcą wyrazić swoją opinię na różne poruszane przeze mnie tematy, zapraszam do śledzenia mojego bloga na portalu Wirtualne Media: http://wirtualnemedia.pl/blog/index.php?/authors/105-Monika-Luft . Jeszcze jedno miejsce gdzie bywam i gdzie pisuję (ale uprzedzam, ze to platforma spotkań hobbystów), to portal http://www.polskiearaby.com/ , poświęcony koniom arabskim - wiem, że nie każdego to zainteresuje, ale może ktoś odkryje dla siebie całkiem nową pasję? :) Tymczasem życzę wszystkiego naj... i niech spełniają się marzenia! (Nawet jeśli potem czasem ich nie rozpoznamy).

Do miłego... Pozdrawiam!

15:03, monika.luft
Link Komentarze (6) »
czwartek, 18 grudnia 2008

Pamiętacie Willa o twarzy Hugh Granta? Tego z książki Nicka Hornby’ego „Był sobie chłopiec”, a potem z filmu pod tym samym tytułem. Jeden jedyny utwór zdeterminował jego los: kolęda skomponowana przez jego ojca. Dzięki tantiemom 36-letni Will należy do klasy próżniaczej i wiedzie pogodny, leniwy, pozbawiony trosk materialnych żywot. Oczywiście, przy okazji nie znosi utworu, dobiegającego raz do roku z każdego zakątka Londynu, choć ten zapewnia mu beztroski byt. Ot, paradoksy ludzkiej psychiki… Jak to jednak w komediach bywa, pełen uroku birbant zrewiduje w końcu swe poglądy na życie, zrozumie, co to znaczy odpowiedzialność, pozna uczucia wyższe i w ogóle zmieni się na lepsze pod wpływem 12-letniego chłopca. Choć tytuł powieści i filmu chyba nie odnosi się do małego Marcusa…

Niezależnie od perypetii Willa i jego licznych wad, trudno się oprzeć zazdrości. Jak to, jedna kolęda, grana raz do roku przez dwa miesiące – za to wszędzie – i już facet w ogóle nie musi się wysilać?! I to jest sprawiedliwe?

No nie jest. Ale czy jest normalne, że Boże Narodzenie zaczyna się właściwie już w październiku? Bombki możemy zacząć kupować nawet przed Wszystkimi Świętymi, a i tzw. świąteczne promocje ruszają na początku listopada. Wydłuża się więc czas grania kolęd i do Willa rok w rok płynie coraz więcej tantiem… Gdyby okres przedświąteczny zaczynał się już w sierpniu i gdybyśmy słuchali kolęd, powiedzmy, na plaży albo na basenie, to Will byłby nie tylko zamożny – stałby się multimilionerem! A my? Podobno niektórzy są zadowoleni z tego, że mogą kupować prezenty i szykować święta z dużym wyprzedzeniem. Ale inni uważają, że święta trwające dwa miesiące są sprzeczne z naturą ludzką. Jak pisał publicysta Tomasz Terlikowski w jednym ze swoich tekstów, „tam gdzie święta nakładają się na czas zwykły  lub co gorsza go zastępują, utracony zostaje ich istotny wymiar. Nie można przecież żyć w nieustającym miodowym miesiącu. (…) Wigilia staje się wydarzeniem, gdy następuje po czterech tygodniach oczekiwania. Natomiast, gdy następuje po ośmiu tygodniach świętowania, jest już tylko nudnym obowiązkiem”.

Will, jako beneficjent komercyjnego aspektu świąt, byłby chyba w tym momencie rozdarty. Bo im dłużej my przygotowujemy się do świąt, tym jego konto bardziej spuchnięte. Ale same święta i on polubi dopiero wówczas, gdy dostrzeże ich prawdziwą, niehandlową wartość. Może więc lepiej – dla dobra świąt – żeby Will miał nieco mniej pieniędzy…

Tymczasem jednak trzymam kciuki za uczestników konkursu ”Pisz przedświąteczny blog z Tchibo Exclusive”. Już w poniedziałek werdykt jury! Nie mogę obiecać, że wszyscy będą zadowoleni, bo w każdej kategorii może być tylko jeden zwycięzca (Will także był jedynym, który na loterii życia wygrał taką, a nie inną nagrodę). Obiecać mogę zaś, że dyskusja będzie zażarta i że wygrają najlepsze (naszym zdaniem) blogi. Oczywiście, dziękuję też wszystkim, którzy śledzili moje zapiski, a szczególnie tym, którzy zechcieli je komentować. Na koniec życzę, aby każdy, kiedyś, wygrał swoją nagrodę życia – taką, o jakiej najgoręcej marzy.

15:17, monika.luft
Link Komentarze (8) »
środa, 17 grudnia 2008

Od przeszło 35 lat, najpierw w ZSRR, a potem w Rosji i krajach postsowieckich, widzowie w Nowy Rok oglądają zawsze ten sam film: komedię Eldara Riazanowa „Ironiya sudby, ili S legkim parom!”, u nas wyświetlaną pod tytułem „Szczęśliwego Nowego Roku”. Główną rolę Nadii, która zakochuje się w intruzie, zabłąkanym w Sylwestra przez przypadek do jej mieszkania, zagrała Barbara Brylska, do dziś ukochana przez Rosjan aktorka. Nakręcony kilka lat temu sequel tej historii, „Ironia losu – ciąg dalszy” stał się wielkim przebojem kinowym w całej Rosji.

My też poszczycić się możemy naszymi świątecznymi, telewizyjnymi „tradycjami”: sienkiewiczowską „Trylogią” czy „Kevinem…” w Polsacie. Przyzwyczailiśmy się i nawet już nie narzekamy. (Nie wiem, jak inni, ale ja, gdybym zawsze musiała oglądać to samo, niewątpliwie wolałabym Brylską od Macaulaya Culkina. Wrażenia estetyczne nieporównywalnie większe, a filmowe rzemiosło solidniejsze). Ale zauważyliście może także, że niemal wszystko, co odbywa się co najmniej po raz drugi, jest u nas od razu „tradycją”, a coś, o czym napisała raz jakaś jedna czy druga gazeta, zyskuje miano „kultowego”? Niestety moje pokłady tolerancji maleją (nad czym ubolewam…) i gdy widzę artykuł zaczynający się od słów „Stało się już tradycją, że…” od razu przerzucam stronę. A jak mi się wmawia, że obejrzę „nowy, kultowy” film, to na pewno do kina się nie wybiorę!

Widzę dwa wyjaśnienia tego zjawiska: albo to po prostu działa (to znaczy nabieramy się jak dzieci i na „tradycję”, i na „kultowość”), albo wynika z lenistwa – najpierw dziennikarzy, którym nie chce się poszukać innych słów (a może nie mają na to czasu), a potem tych, którzy powtarzają to, co usłyszeli bądź (rzadziej) przeczytali. Przy okazji: ostatnio pleni się wszędzie jak chwast słówko „zaskakująco”. Występuje czasem po kilka razy na jednej stronie tej samej gazety! Niedawno wytropiłam je nawet w książce, chociaż redaktorzy książek są na ogół surowsi od redaktorów w gazetach. Ale cóż, natrętne słówka wciskają się bez pytania…

Na mojej ulubionej płycie „maria Awaria” jest utwór, w którym Maria Peszek wymienia słowa ładne i brzydkie. Ładne słowa to np. „korelacja”, „pilśniowe”, „Alabama”... Brzydkie słowa to „rajstopy”, „skoroszyt”, „nagrzewnica”…

Do ładnych słów dorzuciłabym słowo „święta”. Jest takie miękkie, pachnące, okrągłe, jak pączek. A brzydkie słowa to: „kultowy”, „zaskakująco” i – przykro mi, że muszę to powiedzieć – „tradycja”. Kanciaste, chropawe, sztywne… A może wcale nie mam racji? Może to nie chodzi o brzmienie? Może to nadużywanie sprawia, że tracą swój powab? Ale jeśli tak, to wielka prośba: nie odbierajmy słowom ich urody. Bo czym wówczas zastąpimy „tradycję”…?

09:33, monika.luft
Link Komentarze (12) »
wtorek, 16 grudnia 2008

Spośród licznych opowieści wigilijnych wybieram dziś jedną, za to prawdziwą – historię opowiedzianą przez Mamelucka, ogiera rasy arabskiej, a spisaną przez Krzysztofa Czarnotę (i wydaną przez oficynę Zysk w zbiorku „Nasze polskie wigilie w opowiadaniach”). Mameluck, jak każdy arab, ma wspaniałych przodków: „Moją pra pra pra babkę w roku 1845 hrabia Juliusz Dzieduszycki przywiózł do Polski prosto z pustyni. Nazywano ją Gazellą i kosztowała podobno równowartość trzech powiatów w złocie”. Taki koń powinien być kochany i szanowany i od razu uprzedzę, że – jak przystało na opowieść wigilijną – i ta ma swój happy end. Ale przedtem jest poniewierka, nieludzkie traktowanie, głód i chciwość –przyczyna wszystkich nieszczęść Mamelucka. Bo Mameluck zapowiadał się na niezłego konia wyścigowego, wymagał jednak odpowiedniego traktowania. A na odpowiednie traktowanie trzeba czasu, dobrej woli i życzliwości dla zwierzęcia. Na wyścigach nie jest o to łatwo. Lepiej iść na skróty – jakby bat mógł zastąpić właściwy trening. „A ja wam mówię, że nie ma prawidłowego miejsca, w które należy tłuc konia – tłumaczy Mameluck. – I marny to jeździec, który musi używać bata”. Ale kto by tam słuchał głupiego konia? Gdy Mameluck przestał wygrywać, poznał, co znaczy twarda ręka, a wreszcie trafił do boksu, porzucony, zapomniany, nieważny. „Karmiony byłem bardzo skromnie i wkrótce sierść mi zmatowiała, pokazały się żebra, byłem brudny i jak twierdzili niektórzy, miałem szaleństwo w oczach”. Był co prawda ktoś, kto pamiętał o Mamelucku – jego dawny trener, jeszcze z początków kariery, z czasów, gdy wszystko było dobrze. „Nie mam tylu pieniędzy – powiedział właścicielowi Mamelucka. – Powiedz jakąś normalną cenę.” Ale właściciel odrzekł: „Skoro tak ci na nim zależy, to zapłacisz”. Po czym skazał Mamelucka na powolne dogorywanie w ciemnej komórce, po kolana w gnoju, bez ziarenka owsa. „Umierałem najstraszniejszą z możliwych śmiercią głodową – opowiada Mameluck. – Tliło się we mnie jeszcze życie, ale gasłem…” Aż wreszcie los się odmienił. Umierający, straszliwie zabiedzony koń został sprzedany jego jedynemu przyjacielowi – tak późno, że niemal zbyt późno… Ale Mameluck wytrwał. Wytrwał, by opowiedzieć swą historię. By zaznać jeszcze szczęśliwych chwil i uszczęśliwić swoich nowych właścicieli. „Kto wie, może za rok w wigilię znowu się odezwę” – zapowiedział.

Historia Mamelucka jest wzruszająca i dająca nadzieję. Ale lepiej, żeby jej nie było. Lepiej, żeby Mameluck nie musiał tego wszystkiego doświadczyć. Wolałabym nie poznać jeszcze jednej opowieści wigilijnej, choćby i chwytającej za serce, ale za to mieć pewność, że nie ma i nie będzie maltretowanych i głodzonych koni. Obawiam się jednak, że Mameluck nie jest żadnym wyjątkiem… Tyle że opowieści innych koni nikt nie miał okazji – a może nie chciał? – wysłuchać.

10:10, monika.luft
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 15 grudnia 2008

Jeden z najsłynniejszych „bożonarodzeniowych” dialogów w polskim filmie to ten, gdy w „Rozmowach kontrolowanych” Sylwestra Chęcińskiego jeden esbek zaprasza drugiego na Wigilię: „A kiedy urządzacie?” – pyta Molibden (Krzysztof Kowalewski). „Dwudziestego czwartego” – odpowiada Mozambik (Marian Opania). „A, to jeszcze przed świętami…”.

Wniosek z tego taki, że nawet esbecy świętowali Wigilię w gronie rodziny i przyjaciół (z pracy). Jak wynika z jednego z sondaży CBOS, 70% dziadków planuje spędzić ten wieczór z wnukami. Zastanawia jedynie, że analogiczne zamiary – tzn. spędzenie Wigilii z dziadkami – ma zaledwie trzydzieści kilka procent wnuków… Tak to już jest, że co innego oznacza dla nas Boże Narodzenie w różnych momentach życia. Jako dzieci cieszymy się z powodu prezentów, słodkości w nieograniczonych ilościach i z tego, że są ferie. Gdy dobijamy do etapu zwanego ładnie „jesienią życia”, najważniejsza staje się bliskość rodziny, spotkania z zabieganymi na co dzień potomkami i wspomnienia z dawnych wigilii. A pomiędzy… No cóż. Na tych, co pomiędzy, spada cały ciężar przygotowań, które trzeba pogodzić z pracą i domowymi obowiązkami, a potem jeszcze posprzątać. Bo będąc pomiędzy, musisz zadbać i o młodszych, i o starszych. Cała nauka asertywności idzie w las i koniec.

Jeśli więc jesteś pomiędzy i nie możesz ani zamknąć się w pokoju z książką, ani zniknąć w kinie, ani zaszyć się z gazetą przy filiżance dobrej kawy gdzieś „na mieście”, to pomyśl, że choć ferie cię nie dotyczą a i prezenty trzeba sobie kupić samemu, to kiedyś nadejdzie dzień, gdy to inni będą biegać, starać się i wysilać, a twoim zmartwieniem będzie to, żeby w czasie świąt zobaczyć wszystkie wnuki. Ewentualnie możesz wyobrazić sobie, że wzorem amerykańskich emerytów (tych sprzed kryzysu), poświęcisz się wyłącznie podróżom i przyjemnościom, a potomkowie niech sobie radzą sami. Możesz pomarzyć o świętach pod palmami albo w lodowym hotelu pod kręgiem polarnym, gdzie spać będziesz w lodowym łóżku i popijać drinki z lodowych szklanek. Co więcej, może się okazać, że to wcale nie jest takie nierealne. A więc do dzieła, wszyscy „pomiędzy”, najlepsze jeszcze ciągle przed nami!

09:47, monika.luft
Link Komentarze (17) »
sobota, 13 grudnia 2008

Jako dziewięcioletnia dziewczynka znalazłam się z rodzicami w Hiszpanii. Poszłam do szkoły i już wkrótce bez problemu porozumiewałam się z koleżankami z żeńskiej klasy w Valladolid i w pełni uczestniczyłam w lekcjach. Choć moje blond włosy i brak kolczyków w uszach jeszcze długo budziły dość powszechną sensację, bardzo szybko poczułam się niemal jak rodowita Hiszpanka. Czasem tylko wychodziło na jaw, że urodziłam się jednak całkiem gdzie indziej. Na przykład wtedy, gdy nadeszło Boże Narodzenie, a w szkole zlecono nam pracę domową: ułożyć kolędę.

Miałam z tym pewien problem, bo w tamtej epoce polska szkoła, w której spędziłam kilka pierwszych lat, nie przygotowywała dzieci do tak samodzielnych zadań, jak komponowanie melodii i pisanie tekstów. Zwłaszcza świątecznych. Ale znałam przecież wiele polskich kolęd, więc na ich wzór ułożyłam wolno snujący się kawałek o Panu Jezusie marznącym w nędznym żłóbku. Pamiętałam przecież: „Nie było miejsca dla Ciebie…” „Wśród nocnej ciszy…” „Do żłobu, hej pasterze…” i tak dalej. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że koleżanki z klasy poradziły sobie z tym zadaniem zupełnie inaczej! Ich kolędy były wszystkie, bez wyjątku, wesołe, skoczne, radosne, wręcz taneczne… A moja? Istne smutactwo! No i trochę zrobiło mi się wstyd, że Boże Narodzenie kojarzy mi się ze smętkiem i biedą.

I tak oto, choć znikła już wtedy bariera językowa, ujawniły się różnice kulturowe między zimną północą, z której pochodziłam, a gorącym południem, dokąd trafiłam. Nie bez wpływu był zapewne także nie tylko klimat, ale i ustrój. Przybyłam w końcu z bloku wschodniego, gdzie narzekająca, umęczona kolejka po karpia nie nastrajała optymistycznie ani do świąt, ani do życia w ogóle. A choć Hiszpania ostatniego roku panowania generała Franco nie była rajem na ziemi, to jednak zbliżające się święta zapowiadały atmosferę zdecydowanie radosną. No i śpiew brzmiał tam też całkiem inaczej: wierni w kościele nie mieli najmniejszego kłopotu z utrzymaniem szybkiego rytmu.

Od tamtej pory na szczęście wiele się u nas zmieniło, łącznie z klimatem, który wraz z nadejściem demokracji jakby złagodniał. Ale kolędy pozostały te same i nawet te skoczne nadal lubimy śpiewać w zawodzącej manierze. Skoro jednak sprawia nam to radość, nikomu nic do tego…

12:33, monika.luft
Link Komentarze (6) »
piątek, 12 grudnia 2008

Zawsze trochę współczułam Mikołajkowi z kultowego – nie bójmy się tego słowa – cyklu autorstwa spółki Sempe-Goscinny. Biedak wychowywał się w rodzinie toksycznej, miał ojca półgłówka i gbura i wiecznie utyskującą mamusię. Naprawdę ciężko w takich warunkach wyjść na ludzi… Nawet święta Bożego Narodzenia były u niego w domu dość traumatycznym przeżyciem („Nowe przygody Mikołajka”, t. 2).

Najpierw tata przywiózł drapaka zamiast choinki (i już wtedy zaczął być w złym humorze), potem trzeba było kilkakrotnie wymieniać korki, zanim udało się doprowadzić do tego, by lampki się zaświeciły. Następnie, przy rozsuwaniu stołu, w której to czynności dopomagał pan Bledurt (sąsiad, z którym tata Mikołajka stale się kłócił, a który uwielbiał się z niego wyśmiewać), tata Mikołajka upadł na choinkę, lampki znów zgasły, bombki się potłukły i omal nie doszło do bójki. Później tata Mikołajka podziurawił ścianę, próbując przytwierdzić do niej girlandy. Klął przy tym szpetnie i obrugał Mikołajka, który się rozpłakał, mama zaś przybiegła z kuchni z pretensjami. Tata się w końcu obraził i zamiast czekać na gości, poszedł spać.

Czy to wszystko czasem nie brzmi znajomo…? Jak ustalił Instytut Badawczy Pentor – a badania przeprowadzał dziesiątki lat po tym, jak powstały opowiadania o Mikołajku – choć żyjemy w innych czasach i w innym kraju, nie najlepiej oceniamy nasze zachowanie przed świętami. A to dlatego, że: zbyt dużo czasu poświęcamy na zakupy i na przygotowanie potraw, zbyt dużo jemy a za mało wypoczywamy. Aż kilkanaście procent ankietowanych o świętach myśli z przerażeniem! Ale spokojnie, podobno jest na to rada: mniej kupować, mniej szykować, mniej jeść. Tyle że, jak wiemy z wieloletnich doświadczeń, to marzenia ściętej głowy. Owszem, możemy sobie obiecać, że za rok nie zostawimy wszystkiego na ostatnią chwilę, a tak w ogóle to zaplanujemy wycieczkę do ciepłych krajów. Po czym nadejdzie listopad, Mikołaj (nie Mikołajek) pojawi się we wszystkich reklamach i znów tata stanie w drzwiach z drapakiem zamiast choinki…

12:28, monika.luft
Link Komentarze (4) »
czwartek, 11 grudnia 2008

Nie znam jeszcze świątecznego programu polskiej telewizji, ale z dużą dozą prawdopodobieństwa można przewidywać, że znów obejrzymy sienkiewiczowskie ekranizacje, bo to od lat „żelazny” repertuar naszych nadawców. Przy tej okazji warto zaobserwować, jak zmieniała się polszczyzna w ciągu ostatnich 30 lat. (Akcję filmów znamy na pamięć, więc nie musimy zawracać sobie nią głowy). Zwrócił na to niegdyś uwagę Jan Englert w felietonie z cyklu „Zza kulis” („Rzeczpospolita”). Otóż, jak pisał wybitny aktor, reżyser, dyrektor artystyczny Teatru Narodowego i (trzykrotny) rektor Akademii Teatralnej, bezpośrednie porównanie języka, jakim posługują się aktorzy w „Panu Wołodyjowskim”, z tym, który możemy usłyszeć w „Ogniem i mieczem”, prowadzi do ciekawych wniosków. Pierwsi (choć stylizacja językowa pozostaje ta sama) są całkowicie zrozumiali, drudzy zaś mówią niewyraźnie, zjadając sylaby, a nawet całe wyrazy.

Skąd się to bierze? Według Jana Englerta, winne jest tempo życia i idące za nim niechlujstwo, a także szukanie brzmień typowych dla języka angielskiego. Tempo mówienia przyspieszyło w ciągu lat dzielących powstanie „Pana Wołodyjowskiego” od „Ogniem i mieczem” niemal dwukrotnie! „Jeśli wam, drodzy czytelnicy, to (…) nie przeszkadza – to trudno, ale przestańcie narzekać na złą jakość dźwięku w polskich filmach i kiepską dykcję aktorów grających w teatrze” – podsumowuje Englert.

I ma rację. Ale z drugiej strony, trudno wracać do „ł” przedniojęzykowego i arcypoprawnej wymowy, która dziś (choćbyśmy byli jak największymi jej zwolennikami) brzmi sztucznie, a nawet dziwacznie. „Pan Wołodyjowski” i inne ekranizacje klasyki z tamtych lat, chociaż budzą nostalgię, to jednak trącą myszką – także z powodu owego efektu sztuczności. Próbowałam niedawno obejrzeć wychwalaną powszechnie adaptację „Zemsty” Fredry z 1956 roku, dokonaną przez Antoniego Bohdziewicza i Bohdana Korzeniewskiego. Przyznam, że mimo najszczerszych chęci, męczyłam się okrutnie. „Zemsta” Wajdy jest mi znacznie bliższa, choć to ten sam język Fredry.

Chciałoby się więc, aby i język brzmiał naturalnie, i aktorzy byli zrozumiali (że o zwykłych śmiertelnikach nie wspomnę…). Współczuję Janowi Englertowi, bo zęby muszą go boleć, gdy ogląda polskie filmy (seriale przyprawiłyby go chyba o atak serca, więc mam nadzieję, że telewizor włącza tylko w święta). Ale sama też, choć zapewne jestem o wiele bardziej wyrozumiała, łapię się na tym, że często na polskim filmie odwracam się do sąsiada i pytam: „Co on powiedział?”, jakbym była przygłucha. Tymczasem z moim słuchem na szczęście wszystko w porządku, to z aktorami czasem bywa coś nie tak.

Sprezentujmy więc sobie może w przedświątecznym czasie (mam na myśli tych, którym zależy odrobinę na języku polskim) kilka minut ćwiczeń dykcji. Dla przyjemności, pod prysznicem albo w kąpieli. Żeby nasi rozmówcy w czasie świątecznych spotkań nie musieli pytać grzecznie: „Słucham?” albo mniej grzecznie: „Co proszę?”

14:36, monika.luft
Link Komentarze (4) »
środa, 10 grudnia 2008

Jest taki rysunek Marka Raczkowskiego (mojego ulubionego rysownika): pewna pani spogląda z okna na uroczy rodzinny obrazek – tata z dziećmi lepią bałwana. I wszystko byłoby cudownie, gdyby nie to, że gdy jest już gotowy, padają przed nim na kolana, bijąc mu pokłony…

U nas nie prowadzono (jeszcze) takich badań, ale Holendrzy zapytani kilka lat temu o to, jakie wydarzenie jest wspominane w czasie świąt Bożego Narodzenia, nie umieli odpowiedzieć (26%) albo udzielili błędnej odpowiedzi (6%). W Niemczech podobno aż  46%  respondentów nie wie, skąd się wzięło Boże Narodzenie. Wielu z nich sądzi, że jego źródła należy szukać w baśniach braci Grimm. Problemu z tą kwestią nie mieliby raczej Hiszpanie, którzy ogromną wagę przywiązują do tradycji budowania szopek – choinki może nie być, ale szopka być musi! (Chociaż, skoro w ostatnich latach w Hiszpanii w formularzach szkolnych nie ma już „mamy” i „taty”, lecz „rodzic A” i „rodzic B”, to może i w szopkach zamiast Maryi dzieci ustawiają „rodzica A”, zamiast Józefa „rodzica B”, a zamiast Jezusa anonimowe „niemowlę Z”). W Australii władze miasta Melbourne w ogóle zabroniły oficjalnego obchodzenia Bożego Narodzenia, zastępując je „świątecznym okresem roku”.

Na razie dla Polaków brzmi to wszystko dość egzotycznie, ale biorąc pod uwagę fakt, że i u nas Boże Narodzenie zmienia się coraz bardziej w święto supermarketów i zakupów, kto wie, jak za, powiedzmy, 10 lat odpowiedzą dzieci na pytanie o to, skąd się w ogóle wzięło. Pewnie będą uważać, że wymyślił je Święty Mikołaj (tylko który z nich? Na każdym rogu jest po kilku, w każdej reklamie kolejny, a w centrach handlowych nie można się od nich opędzić…). Już dziś coraz częściej (jak donosił „Newsweek”) młodzi ludzie po „odbębnieniu” rodzinnej Wigilii pędzą na spotkanie w gronie znajomych, które ma charakter zwykłej prywatki, a więc jest alkohol, są tańce i zabawa do białego rana.

Cóż, tym, którym Boże Narodzenie kojarzy się jednak z czymś więcej niż udekorowane sklepy, szalone zakupy, „Jingle Bells” w radiu i brodaty, krzepki starzec w czerwonej czapie w reklamach, pozostaje mieć nadzieję, że jak zwykle prasa – w poszukiwaniu tematów, którymi trzeba zapełnić kolumny redakcyjne – mocno przesadza. I że gdzie jak gdzie, ale u nas Boże Narodzenie przetrwa. Mimo wszystko.

09:59, monika.luft
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 08 grudnia 2008

Jakiś czas temu w jednej z gazet ukazał się dający do myślenia raport świąteczny, który dotyczył nie tyle naszych zwyczajów, co przyzwyczajeń. Raport wymieniał m.in. listę prezentów niechcianych. W obliczu zbliżającej się Gwiazdki lista ta może okazać się dość użyteczna, więc ją (z pamięci) przytoczę. Na jej czele znajdują się: krawaty, skarpetki, rajstopy, szaliki i chusteczki – a więc niestety rzeczy z kategorii „tanie, a zawsze mogą się przydać”. Oczywiście, pomijam bardzo kosztowne szaliki czy apaszki z najnowszych kolekcji najlepszych projektantów… Ale to raczej nie te mieli na myśli respondenci. Dalej mamy garnki, obrusy i ręczniki – czyli prezenty z gatunku użytkowych, dla domu, a więc dla nikogo. Kolejna pozycja to kosmetyki – być może dlatego, że na ogół darczyńca (jeśli wcześniej się dokładnie nie skonsultuje) kupuje kosmetyk kompletnie nam zbędny, który potem, jak puchar przechodni, trafi znów do kogoś, kto go zupełnie nie potrzebuje.

No dobrze, w takim razie co takiego chętnie ujrzelibyśmy pod choinką? Coś z ubrania, najlepiej coś modnego i eleganckiego, a także sprzęt elektroniczny, zwłaszcza kino domowe i komputery. Niektórzy z ankietowanych wymieniali także domy, mieszkania i samochody, wychodząc widocznie z założenia, że św. Mikołaj nie powinien mieć ograniczeń finansowych. Ale i tak otrzymają zapewne krawaty, skarpetki i szaliki…

Nie chciałabym tutaj psuć humoru właścicielom sklepów z tzw. „galanterią”, ale wygląda na to, że ich zwiększone przed świętami obroty są po prostu wynikiem naszej bezradności. Przyznaję, pytanie „Co komu podarować na Gwiazdkę?” jest jednym z najbardziej dręczących w przedświątecznej gorączce – obok pytań o koniec kryzysu na rynku kredytów hipotecznych oraz o konsekwencje wprowadzenia u nas euro – bo nawet dzieci nie cieszą się już z byle czego. W czasach, które pamiętam z dzieciństwa, każdy prezent był mile widziany, bo nawet o skarpetki nie było łatwo. Ale nie zamierzam tu narzekać ani na dzisiejsze czasy, ani na dzisiejszą młodzież. Wręcz przeciwnie. Raduje nas przecież powszechna dostępność skarpetek, rajstop i krawatów. Pragnę tylko pocieszyć wszystkich, którzy po odwinięciu papieru w bombki lub choinki znów ujrzą szalik, że znajdują się w nader licznym i na pewno zacnym towarzystwie…

P.S. Podobno istnieje przesąd, wedle którego nie należy ofiarowywać na Gwiazdkę niczego, co ma ostrze, bo noże albo nożyczki mogłyby przeciąć uczucia. Ale osobiście uważam, że już lepszy upragniony komplet noży od niechcianej apaszki.

11:26, monika.luft
Link Komentarze (16) »
 
1 , 2
tchibo
Monika Luft fot. Tomasz Ozdoba
Świat doskonałego nastroju